Referat 2011 cz.1

Kapituła Prowincjalna Wyborcza i Spraw

Dom Macierzysty i Prowincjalny

Nysa, 22-26 października A.D. 2011


s.M.Margarita Cebula

 



Część pierwsza

Życie Św. Elżbiety i bł. Marii Luizy Merkert
- znakiem ustawicznego trwania w nadziei.

 


 Wprowadzenie
           
       Nadzieja, jest darem darmo danym. Podstawą nadziei jest wiara, a nadzieja jest kwiatem wiary, powiedział kardynał Ballestrero. Zaś cnota nadziei widzi cel życia w Bogu, napełnia życie jedyną tylko potrzebą, potrzebą Boga. W wydanej na temat chrześcijańskiej nadziei encyklice Spe salvi, (nr 27) papież Benedykt XVI stwierdza kategorycznie: kto nie zna Boga, chociaż miałby wielorakie nadzieje, w gruncie rzeczy nie ma nadziei, wielkiej nadziei, która podtrzymuje całe życie (por. Ef 2, 12). Dzisiaj światu potrzebna jest nadzieja! Stąd pytanie: jak formować siebie do chrześcijańskiej nadziei, jak kształtować osoby, wspólnoty do stylu życia otwartego na nadzieję? Co czynić, by nadzieja była widoczna w życiu codziennym, w wypełnianiu konkretnych zadań, w świadczeniu o miłości Chrystusa? We wspomnianej encyklice, Ojciec Święty pisze: Życie jest niczym żegluga po morzu historii, często w ciemnościach i burzy, w której wyglądamy gwiazd wskazujących nam kurs. Prawdziwymi gwiazdami naszego życia są osoby, które potrafiły żyć w sposób prawy. One są światłami nadziei. Oczywiście, Jezus Chrystus sam jest światłem przez antonomazję, słońcem, które wzeszło nad wszystkimi ciemnościami historii. Aby jednak do Niego dotrzeć, potrzebujemy bliższych świateł – ludzi, którzy dają światło, czerpiąc je z Jego światła, i w ten sposób pozwalają nam orientować się w naszej przeprawie (nr 49). Tę nadzieję Ojciec Święty zilustrował na konkretnych przykładach z XX wieku, pisząc m.in. o Afrykance Józefinie Bakhicie, kanonizowanej przez papieża Jana Pawła II.
My, zgodnie z tematem, który dotyczy ustawicznego trwania w nadziei, pragniemy pochylić się nad dwoma Postaciami, związanymi z naszym Zgromadzeniem: św. Elżbietą i bł. Marią Luizą Merkert. Zadanie niełatwe, tym bardziej, że spośród trzech cnót stanowiących podstawę chrześcijańskiego życia - wiary, nadziei i miłości - nadzieja wydaje się być najmniej docenianą i rozumianą. Przyznaję więc, że „w bojaźni i z drżeniem” podeszłam do tematu. Czy potrafię go przedstawić? Mam jednak nadzieję w Bożą pomoc i światło Ducha Świętego dlatego podejmuję się tego zadania. Na początek, dwa wyjaśnienia.
 
1. Wyjaśnienie nawiązujące do nadania imienia.

Imię w ujęciu biblijnym określa zawsze istotę danego stworzenia, istotę posłannictwa i planu Bożego wobec danej osoby, która nosi to konkretne imię. Dla Boga każda osoba jest wyjątkowa i jedyna. Gdy nosiciel imienia żyje jego najgłębszym sensem, realizując zawarty w nim program, imię jest pomocą, dzięki której możemy określić i zrozumieć konkretne życie.
Zarówno św. Elżbieta jak i bł. Maria Luiza Merkert przyjęły spływającą na nie Bożą łaskę, którą promieniują odpowiednio od średniowiecza i od XIX wieku aż po dzisiejsze czasy.
 
Imię Elżbieta pochodzi z hebrajskiego Elisheba, co tłumaczy się: mój Bóg jest pełnią, a niektórzy interpretują: Bóg moją przysięgą. Papież Grzegorz IX pisze o św. Elżbiecie jako o tej, która nosi piękne imię oznaczające Boże nasycenie; współcześnie ujmując: pełna Boga albo bogactwo mojego Boga. Narodziny Elżbiety związane są z zapowiedzią mędrca Klingsora z Węgier: (...) będzie ona nosiła imię Elżbieta (...) Świętością swego życia rozjaśni ona i uraduje cały świat chrześcijański.
Druga Postać nosi dwa imiona Maria Luiza. Nie mamy żadnej zapowiedzi, ale wiemy, że godnie nosiła otrzymane na chrzcie świętym imiona, co uwieczniono sentencją wykutą na jej nagrobnym krzyżu: Ukochana przez Boga i ludzi, pamięć (na, o jej życie/u) o niej jest błogosławieństwem.
Maria jest to imię pochodzenia hebrajskiego; Miriam oznacza: być pięknym lub wspaniałym. Pierwotna hebrajska wersja przekształcona została na Mariam - napawać radością. Stąd Maria lub z egipskiego: meri-jam tłumaczy się jako: ukochana przez Jahwe, ukochana przez Boga lub miłująca Boga.
Imię Luiza w języku portugalskim oznacza… Elżbieta.
 
Łącząc znaczenie tych dwóch imion możemy powiedzieć: Maria Luiza - piękna i wspaniała - Bóg jest jej pełnią lub pełna Boga - miłująca Boga.
Do tych dwóch imion należałoby dodać jej predykat „od Dzieciątka Jezus”.
Jedenaście lat po jej odejściu do Domu Ojca, czyny bł. Marii Luizy Merkert przyrównano do czynu dobrego Samarytanina i nazwano ją Samarytanką, co też podjął Prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych Kardynał Josè Saraiva Martins w przesłaniu, w dniu jej beatyfikacji. Z kolei historyk o. J. Schweter nazwał ją wielką kobietą Śląska XIX wieku.
 
2. Wyjaśnienie – historyczne.

W 1850 roku, z racji wznowienia działalności apostolsko-charytatywnej w Nysie,
Matka Maria Merkert obrała św. Elżbietę patronką naszej wspólnoty zakonnej. Była przekonana, że święci są żywą w świecie Ewangelią Jezusa Chrystusa; współcześni teolodzy mówią, że „najlepszym komentarzem do Ewangelii są święci Kościoła”. Wskazując nam św. Elżbietę jako wzór do naśladowania, Matka Maria bierze nas niejako za rękę i mówi: popatrzmy, jeśli święta Elżbieta mogła na tej drodze osiągnąć świętość, dlaczego nie mogłybyśmy i my służyć Bogu podejmując w jej duchu opiekę nad ubogimi i chorymi? Bł. Maria Luiza była też pewna szczególnego wstawiennictwa św. Elżbiety u Boga. W 1872 roku napisała: Jestem przekonana, że za wstawiennictwem św. Elżbiety Bóg będzie nadal błogosławił naszemu Zgromadzeniu, które nosi Jej Imię. Za bł. Janem Pawłem II możemy powtórzyć: Święci żyją świętymi... Oni też są zaproszeniem dla nas wszystkich, by wejść na drogę, która naprawdę wiedzie do domu Ojca.
Po tym nieco dłuższym wstępie, pragniemy teraz pochylić się nad życiorysami tych dwóch wielkich i świętych Kobiet. Zobaczyć, co mają wspólnego? Co jest dla nas owocne?
W pierwszej części opieram swoją refleksję na życiorysie św. Elżbiety, zaprezentowanym wiernym przez Benedykta XVI w 2010 roku. Idąc tokiem myśli papieskiej przedstawię również życie bł. Marii Luizy Merkert, poznane podczas wieloletniej analizy jej pism i dokumentów archiwalnych z nią związanych.
W drugiej części spróbuję przedstawić kilka świadectw wypełniania się nadziei, w trzeciej - stopnie wiodące ku nadziei w życiu św. Elżbiety i bł. Marii Luizy, które mogą nam służyć w kształtowaniu naszej niewzruszonej nadziei, źródła chrześcijańskiej radości.
Prosimy Ducha Świętego, by nasza wspólna wędrówka w przeszłość, pozwoliła nam wydobyć na światło dzienne owoce Bożej łaski, które były obecne i działały w sercu św. Elżbiety i w sercu i bł. Marii Luizy Merkert i przynaglały je do tego, by urzeczywistniały swoją miłość do Chrystusa w opiece nad chorymi, biednymi, sierotami i umierającymi i w ten sposób niosły światu nową nadzieję.
 
1.      Dwie historie o trwaniu w nadziei
 
a) Elżbieta i Maria Luiza – pełne Boga.
 
Ty, mój Boże, jesteś moją nadzieją, Panie, Tobie ufam od młodości.
Ty byłeś moją podporą od dnia narodzin, od łona matki mojej opiekunem
Ps 71, 5-6.
 
Każdy człowiek jest w swoim myśleniu i działaniu zależny od epoki, w której wzrastał. Każda też epoka ma swe światła i cienie. Miało je średniowiecze, miał XIX wiek, przeżywamy je również w XXI wieku.
 

 
św. Elżbieta Węgierska
 
 
bł. Maria Luiza Merkert
Jest dzieckiem średniowiecza, w którym zawierano małżeństwa polityczne. Jako dziecko też, w nowym środowisku, doświadczyła śmierci swojej matki a następnie pierwszego narzeczonego. Była księżną, matką, wdową i zakonnicą. W jej epoce, pełnej niepokojów i burz, bito się o koronę, władzę, ziemię, o tiarę lub kapelusz kardynalski. Walczono o relikwie, prawdę, niewolników, miedzę, o przejście na moście. Średniowiecze to, z jednej strony, zmysłowe użycie świata, z drugiej, zdumiewające praktyki pokutne; to zabobon ale i filary prawdy chrześcijańskiej; to wspaniałe katedry i przede wszystkim wspaniali ludzie (np. święci: Bernard, Dominik, Hildegarda, Franciszek, Albert Wielki, Klara). Średniowiecze to także wyprawy krzyżowe.
Historię jej życia tworzyło osierocone dzieciństwo, klęski żywiołowe dręczące Nysę, trzy wojny prowadzone przez Prusy, władających wtedy śląską ziemią, liczne epidemie, a także przemiany w ówczesnych stosunkach społecznych i kościelnych, zwłaszcza w pojmowaniu życia zakonnego i jego zadań.
 
Urodziła się w 1207 roku na Węgrzech, w rodzinie królewskiej. Jej ojcem był Andrzej II, bogaty i potężny król Węgier, matką niemiecka hrabina Gertruda z Meran, siostra św. Jadwigi, która była żoną księcia śląskiego, Henryka zwanego Brodatym.
 
 
Urodziła się sześć wieków później, w 1817 roku w Nysie na Śląsku, w rodzinie mieszczańskiej. Następnego dnia została ochrzczona. Ojciec Karol Antoni przybył do Nysy, gdzie zaciągnął się do wojska, a z zaoszczędzonego żołdu zakupił kamienicę i zajmował się przetwarzaniem kamienia wapniowego, zdobył także umiejętności czeladnika murarskiego. Matka - Barbara, pochodziła z Nysy.
 
Pierwsze cztery lata dzieciństwa spędziła na dworze węgierskim razem z siostrą i trzema braćmi. Lubiła zabawę, muzykę i taniec; wiernie odmawiała modlitwy i była wrażliwa na dolę ubogich, których wspierała dobrym słowem bądź czułym gestem.
Była wychowywana w religijnej atmosferze, zawsze otwarta na Boga.
 
Miała o cztery lata starszą siostrę, Matyldę. Do zabawy wykorzystywała ówczesne uwarunkowania, np. zimą ślizgała się po lodzie na pobliskich stawach.
W domu rodzinnym panowała atmosfera religijna. Pobożność rodziców, którą rozwijali jako członkowie Bractwa Grobu Chrystusa, wpływała na wychowanie i kształcenie córek. Wyniosła z domu zamiłowanie do modlitwy, pracy oraz wrażliwość na niedolę ludzi chorych, biednych, sierot i potrzebujących.
 
Szczęśliwe dzieciństwo zostało nagle przerwane, gdy rycerze, przybyli z dalekiej Turyngii, zabrali ją na dwór w środkowych Niemczech, gdzie miała odtąd zamieszkać. (...) 
Opuściła swoją ojczyznę z bogatym posagiem i wielkim orszakiem, w którego skład wchodziły również jej osobiste służące. Dwie z nich pozostały jej wiernymi przyjaciółkami do końca i to one zostawiły nam cenne informacje o dzieciństwie i życiu świętej.
 
Względna stabilizacja rodziny Merkertów nie trwała długo; w czerwcu 1818 roku zmarł ojciec. Po jego odejściu rodzina zubożała.
Wychowanie córek spoczęło na barkach matki - Barbary. To ona stała się jedynym oparciem dla dziewcząt.
Maria od najwcześniejszych lat wzrastała w atmosferze myślenia o potrzebach innych, a sztuki zaradzania ludzkiej nędzy uczyła się u boku matki, która swoje córki przygotowywała i angażowała do niesienia pomocy.
 
Po długiej podróży (...) dotarła do twierdzy Wartburg. Tam odbyły się uroczyste zaręczyny Ludwika i Elżbiety. W następnych latach Ludwik uczył się rycerstwa, a Elżbieta i jej towarzyszki - niemieckiego, francuskiego, łaciny, muzyki, literatury i haftu. Choć decyzja o zaręczynach została podjęta z powodów politycznych, narzeczonych połączyła szczera miłość, oparta na wierze i pragnieniu pełnienia woli Bożej. Po śmierci ojca, Ludwik, w wieku 18 lat, zaczął panować w Turyngii. Elżbieta stała się jednak przedmiotem cichych uwag, ponieważ jej zachowanie odbiegało od stylu przyjętego na dworze. Również uroczystość zaślubin nie była wystawna, a część pieniędzy przeznaczonych na przyjęcie weselne rozdano ubogim.
Barbara Merkert zadbała, by córki były wychowane w duchu katolickim i zdobyły podstawowe wykształcenie. Dzięki jej troskliwości, Maria ukończyła Miejską Szkołę Katolicką dla Dziewcząt. Środowisko szkolne charakteryzowało się wysokim poziomem religijno - moralnym. Na zajęcia Maria uczęszczała systematycznie i uczyła się dobrze. Zdobyła umiejętność pisania, czytania, liczenia, wiadomości z biologii, geografii, historii, poznała Pismo Święte i katechizm oraz uczyła się podstawowych zasad postępowania. Tak w domu rodzinnym jak i w szkole, uczyła się prowadzenia gospodarstwa domowego, a także podstawowych zajęć kobiecych (szycie, dzianie, haft); zajęcia prowadziły zsekularyzowane Siostry Magdalenki.
Miłość i pobożność matki oraz nauka w szkole katolickiej kształtowały osobowość Marii w wieku szkolnym i otwierały jej serce na działanie Bożej łaski.
 
Ich małżeństwo (Elżbiety i Ludwika) było bardzo szczęśliwe. Elżbieta pomagała mężowi w doskonaleniu przymiotów na miarę nadprzyrodzoną, on natomiast bronił wielkoduszności żony w stosunku do ubogich i jej praktyk religijnych. Pełen rosnącego podziwu dla wielkiej wiary małżonki, Ludwik, odnosząc się do jej wrażliwości na dolę ubogich, powiedział: «Droga Elżbieto, samego Chrystusa umyłaś, nakarmiłaś i otoczyłaś opieką». Te słowa są wyraźnym świadectwem, że wiara i miłość Boga i bliźniego umacniają życie rodzinne i zacieśniają więź małżeńską.
Maria Luiza była dobrą córką i siostrą, zatroskaną najpierw o, nieuleczalnie chorą na gruźlicę płuc, matkę, którą pielęgnowała aż do jej śmierci. Cztery lata później, nie bacząc na poważne niebezpieczeństwo zarażenia się, pielęgnowała swoją siostrę Matyldę, chorą na tyfus i zarażonych tą chorobą mieszkańców Prudnika. Jej jedyna siostra zmarła w1846 r.
Przykładne wychowanie chrześcijańskie u boku matki zaowocowało heroiczną miłością bliźniego ze względu na Boga. Ta miłość rozkwitnie w późniejszym życiu Marii Luizy, jako współzałożycielki i pierwszej przełożonej generalnej Zgromadzenia. 
 

 
U podstaw i początku życia nadprzyrodzonego obu przyszłych świętych, Elżbiety i Marii Luizy, leży wiara. Zostały zaniesione do Świętego Źródła, aby życie wieczne stało się ich udziałem. Na Chrzcie św. Bóg obdarował je wiarą, nadzieją i miłością. Te cnoty Duch Święty umocnił w sakramencie bierzmowania. Zgodnie z przepisami swojej epoki przystąpiły do Komunii świętej i w określone uroczystości ją przyjmowały. Komunia święta jest drogą do pełniejszego zjednoczenia z Bogiem i wzajemnie ze sobą. Także w kolejnych latach była dla nich źródłem siły do trwania w nadziei i niesienia jej bliźniemu. Obie były wychowane w religijnej atmosferze, zawsze otwarte na Boga i drugiego człowieka.
Kto wierzy w Boga, ten ma później większą motywację, aby się nie bać, bo pełen nadziei i zaufania oddaje się Bogu: Bóg jest moim dobrym Ojcem i spogląda na mnie z miłością – napisała bł. Maria Luiza.Wiedziała, że Bóg jej nie opuści, że Jego miłość dosięgnie ją wszędzie tam, gdzie jest i taką jaką jest, z utrapieniami i słabościami, aby zaoferować nową możliwość dobra, bo dla tych, którzy Go miłują współdziała we wszystkim dla ich dobra... (Rz 8,28). Ta nadzieja jest niezawodna, ponieważ ma swe źródło w nieskończonej miłości Boga do wszystkich ludzi.
 
b) Nadzieja poszerza serce w oczekiwaniu szczęścia wiecznego.

 W Panu pokładam nadzieję, nadzieję żywi moja dusza: oczekuję na Twe słowo
Ps 130, 5.
 

 
św. Elżbieta Węgierska
 
 
bł. Maria Luiza Merkert
 
Młoda para (Elżbieta i Ludwik) znalazła wsparcie duchowe u braci mniejszych, którzy od 1222 roku byli w Turyngii coraz liczniejsi. Elżbieta wybrała na swojego kierownika duchowego brata Roedigera. Gdy usłyszała od niego historię nawrócenia młodego i bogatego kupca Franciszka z Asyżu, jeszcze mocniej się utwierdziła w swojej drodze życia chrześcijańskiego. Od tego momentu bardziej zdecydowanie naśladowała Chrystusa, ubogiego i ukrzyżowanego, obecnego w ubogich. Również wtedy, gdy urodziło się ich pierwsze dziecko, a potem dwoje następnych, Święta nigdy nie zaniedbała dzieł miłosierdzia.
Dla Marii Luizy droga posługiwania ubogim rozpoczęła się od pomocy własnej matce, rozdzielającej chleb i posiłki miejskim biedakom. Po jej śmierci, przejęta ludzką nędzą, sprzedała skromny majątek i wraz z siostrą Matyldą podjęła bezinteresowną służbę człowiekowi najbardziej potrzebującemu. Wyruszyła do chorych, ufając jedynie Bogu.
Potem przyszło łączenie sił w działaniu, najpierw z koleżanką z lat szkolnych – Franciszką, później z mieszkanką Nysy - Klarą, odwiedzającą opuszczonych chorych i ubogich. Tak powstała wspólnota czterech dziewcząt bezinteresownie pielęgnujących i wspomagających chorych i ubogich w mieście, zdobywających dla nich potrzebne środki oraz modlących się wspólnie.
 
Pomogła również braciom mniejszym w zbudowaniu w Halberstadt klasztoru, którego przełożonym został brat Roedeger. Kierownikiem duchowym Elżbiety został wówczas Konrad z Marburga.
W bardzo czytelny sposób Bóg interweniuje w życiu Marii Luizy poprzez przedstawiciela Kościoła. Jest nim ks. Franciszek Ksawery Fischer, wikariusz przy kościele św. Jakuba, kierownik duchowy Marii Luizy, opiekun młodej wspólnoty.
Za jego radą połączyła swe siły z innymi mieszkankami Nysy, które podobnie jak ona czyniły dobro bliźnim. 27 września 1842 roku cztery dziewczęta oddały siebie Bogu i z kapłańskim błogosławieństwem spowiednika rozpoczęły zorganizowaną opiekę nad chorymi w mieście.
Po raz drugi Maria Luiza odczytuje wolę Bożą w rozporządzeniu ks. Fischera w 1846 roku; wtedy to udaje się do Pragi i podejmuje nowicjat u sióstr boromeuszek.

 
Należy pokreślić nadprzyrodzone spojrzenie Elżbiety i Marii Luizy na sprawy, wobec których rozum wielu współczesnych się buntuje. Obie w stopniu heroicznym zrealizowały wszystkie zasady katolickiej ascetyki i teologii; darzyły swojego kierownika duchowego, kapłanów i biskupów należną czcią, widząc w nich przedstawiciela Boga; były wobec nich ufne i uległe. Okazywały posłuszeństwo w pełnej wolności, nie niewolniczo, bo pokładały nadzieję w Panu, ich dusza pokłada nadzieję w Jego słowie (por. Ps 130, 5). Dzięki temu zrozumiały do jakiej Nadziei zostały powołane (por. Ef 1,18). Liczne doświadczenia Bożej obecności i Jego miłości przynoszącej pocieszenie, umacniały je i uzdalniały do tego, by na nowo stawić czoło obowiązkom i próbom, które Bóg dla nich przygotował.
Bł. Maria Luiza często powtarzała: Osiągnięcia dodają nam odwagi, usposabiają do radosnego podejmowania trudu powołania, w pokorze serca musimy przyznać, że jesteśmy sługami z daru łaski udzielonej nam przez Boga. W miłości Serca Jezusowego znajdowała źródło wszelkiej pociechy i zadatek wypełniania się nadziei.
Nadzieja, którą św. Elżbieta i bł. Maria Luiza pokładały w działaniu Bo­ga w ich życiu, sprawiała, że mogły nieść nadzieję innym. Trwając w na­dziei, mogły dawać innym prawdziwe pocieszenie i przypominać im o tym, że Bóg pragnie działać w życiu każdego człowieka.
 
 
c) Nadzieja opiera się na Boskich obietnicach.
 Trzymajmy się niewzruszonej nadziei, którą wyznajemy, bo godny jest zaufania Ten, który dał obietnicę
Hbr 10,23.
 

 
św. Elżbieta Węgierska

 
bł. Maria Luiza Merkert
 

Ciężką próbą było rozstanie z mężem pod koniec czerwca 1227 roku, kiedy Ludwik IV przyłączył się do krucjaty cesarza Fryderyka II, przypominając małżonce, że należało to do tradycji władców Turyngii. Elżbieta odpowiedziała: «Nie będę cię zatrzymywać. Oddałam Bogu samą siebie, a teraz muszę oddać i ciebie». Oddziały wojska zostały zdziesiątkowane przez febrę, również Ludwik, zanim zdążył wypłynąć, zachorował i umarł w Otranto we wrześniu 1227 roku, w wieku 27 lat.
Wiadomość ta napełniła Elżbietę tak wielkim bólem, że pogrążyła się w samotności, ale później, pokrzepiona modlitwą i podtrzymywana na duchu nadzieją na spotkanie z nim w niebie, znów zaczęła interesować się sprawami księstwa.
Czekała ją jednak jeszcze jedna próba: uzurpując sobie prawo do rządzenia Turyngią, jej szwagier ogłosił się prawowitym spadkobiercą Ludwika, a o Elżbiecie powiedział, że jest pobożną kobietą, która nie potrafi rządzić.

Boże plany, wobec pokornej nowicjuszki okazały się jednak inne. W 1848 roku biskup wrocławski sprowadził do Nysy siostry boromeuszki z Pragi. Na usilną prośbę mieszkańców miasta, w lutym 1849 roku, Maria wróciła do Nysy, a w czerwcu 1850 roku odeszła definitywnie z nowicjatu, pragnąc uczynić tylko to, co uważała za właściwe przed Bogiem i własnym sumieniem. Mając wyostrzoną wrażliwość na niedostatek i biedę, pragnie zrealizować Boże zamiary, by nieść pomoc materialną i duchową chorym i potrzebującym w miejscu ich zamieszkania, nawet za cenę narażenia swojego życia. Dla niej „żyć dla Chrystusa” znaczyło włączyć się w Jego „być dla”. Wolę poświęcenia swych sił cierpiącym wyraziła słowami przenikniętymi nadzieją:
Jesteśmy zdecydowane ze zdwojonym nawet zapałem poświęcić nasze siły cierpiącym oraz tym wszystkim, którzy będą prosić o naszą pomoc. (…) Nie lękamy się żadnej niewygody i ofiary.
Nie odstrasza nas nawet myśl, że choroba pierwszego podopiecznego, który zażąda pomocy, może być przyczyną naszej śmierci. (…) Spodziewamy się, że znajdą się dziewczęta, które z miłości ku Bogu nie zawahają się dzielić z nami trud i czuwania nocne, nie będą się lękać wyziewów zarazy i ofiary z życia w kwiecie wieku.
Widzimy, że bł. Maria Luiza z ufnym sercem otwiera się na nadzieję, daną jej przez Boga. Przeświadczenie, że jej życie ma być oddane Bogu i służbą najuboższym, zrodziło się z głębokiej modlitwy, na której pytała swego Stwórcę, jaki ma być kierunek jej życia. Z nadzieją i zaufaniem, podobnie jak św. Piotr, ponownie zarzuciła sieci w bezkresne morze ludzkiego cierpienia, by wyłowić mnóstwo ludzi i wydobyć ich z nędzy.

 
To, co Elżbiecie i Marii Luizie, do tej pory wydawało się być celem i spełnieniem, okazało się zaledwie pierwszym krokiem. Musiały utracić to, z czym dotychczas wiązały nadzieję: Elżbieta – ukochanego męża, Maria Luiza - „małe nadzieje” związane ze zgromadzeniem, w którym przeżywała formację zakonną i uczyła się fachowych umiejętności jako pielęgniarka. A wszystko po to, aby odkryć nadzieję wielką. Ich nadzieja sięgała teraz poza zasłonę ukrywającą obecność Boga.
Święte kobiety postrzegały wszystkie sprawy tego świata w świetle odwiecznego planu Boga względem nich i Jego pragnienia, by obcowały z Nim w wieczności. Ta perspektywa odmieniała ich spojrzenie na wszystkie do­świadczenia życia. Nawet trudne doświadczenia, a nawet cierpienie, widziały jako środek służący oczysz­czeniu i głębszemu zjednoczeniu z Chrystusem.
Przyjaciółki i służące św. Elżbiety zeznają, że jej pielgrzymka do Boga rozpoczęła się, kiedy była jeszcze dzieckiem. Jej zabawy, marzenia, modlitwy już od pierwszych lat życia były skierowane ku Bogu.
Bł. Maria Luiza często powtarzała: Wszystko jest wolą Bożą. Jestem mocno przekona, że tak jest, chociaż miałybyśmy jeszcze więcej cierpieć. Dlatego pragniemy odważnie, radośnie i wiernie służyć Bogu.
Doświadczenie Bożej miłości i nadzieja na to, że On wypełni dzieło, które rozpoczął, umacniały św. Elżbietę i bł. Marię Luizę i nie pozwoliły im poddać się rozpaczy. Sam Chrystus stawał się dla nich źródłem radości i nadziei, podczas gdy sprawy tego świata traciły na zna­czeniu.
 
d) Nadzieja odradza się w cierpieniu.
 
Bądźcie mocni i mężnego serca, wszyscy, którzy pokładacie ufność w Panu
Ps 31,25.
  

 
św. Elżbieta Węgierska
 
bł. Maria Luiza Merkert
 
 
Będąc młodą wdową z trojgiem dzieci, została wypędzona z zamku Wartburg i udała się na poszukiwanie schronienia. Pozostały z nią tylko dwie służące, które jej towarzyszyły; (...) dzieci powierzyła opiece przyjaciół Ludwika. Dzięki temu Elżbieta, na początku 1228 roku, mogła otrzymać odpowiedni dochód, który pozwolił jej zamieszkać w należącym do rodziny zamku w Marburgu, gdzie mieszkał również jej kierownik duchowy brat Konrad. To on opowiedział papieżowi Grzegorzowi IX następujący epizod: «W Wielki Piątek 1228 roku, Elżbieta w obecności kilku braci oraz krewnych położyła ręce na ołtarzu w kaplicy swojego miasta Eisenach, gdzie przyjęła braci mniejszych i wyrzekła się własnej woli oraz wszystkich powabów świata. Chciała wyrzec się także wszelkiej własności, ale odwiodłem ją od tego przez wzgląd na miłość ubogich. Wkrótce potem zbudowała szpital, zgromadziła chorych i chromych i usługiwała przy własnym stole najnędzniejszym i najbardziej zaniedbanym. Gdy za to wszystko ją upomniałem, Elżbieta powiedziała, że ubodzy są dla niej źródłem specjalnej łaski i pokory» (Epistula magistri Conradi, 14-17).
Na drodze służby drugiemu człowiekowi przeżyła wiele trudnych chwil oraz niezrozumienia. Ona jednak nie przejmowała się niedogodnościami, które musiała znosić, pragnęła jedynie pełnić wolę Bożą.Potrafiła przebaczać. Przebaczyła księżom, którzy ją po ludzku zawiedli, zranili, wzgardzili nią i nie dopuścili do przyjmowania Chrystusa w Komunii św. Ukochała Kościół tak, jak kocha się swoją matkę, nawet gdy jest pomarszczona i niepełnosprawna. Kochała Kościół dlatego, że Jezus go kocha, czyniąc pięknym przez obmycie własną Krwią. Przez miłość do Jezusa, przyjmując doświadczenia, cierpienia i upokorzenia, pragnęła uczynić Kościół jeszcze piękniejszym.
Służba Marii Luizy Merkert tak entuzjastycznie przyjęta przede wszystkim przez najbiedniejszych a także przez wielu kapłanów, biskupów, władze świeckie, nie znajduje jednak powszechnego poparcia. Wśród jej oponentów jest m. in. miejscowy proboszcz; także proboszcz z Wejherowa, czy też ks. Edward Müller, wielki misjonarz z Berlina. Czym był spowodowany ten brak ufności wobec Marii Luizy i dzieła miłosierdzia, które prowadziła? Prawdopodobnie tym, że jej przeciwnicy uporczywie trzymali się własnej wizji życia zakonnego, zamiast otworzyć się na Boże natchnienia. Ks. E. Müller w liście do proboszcza w Eisenach pisze: Ja, który kiedyś byłem zawziętym wrogiem Szarych Sióstr, cieszę się, że mogę czynić pokutę, bo być może, że z głupoty przeszkadzałem Bożemu dziełu; z powodu mej ograniczoności, stałem się największą przeszkodą w dalszym rozwoju tego instytutu. Ideał widziałem tylko w miejscowych Siostrach Boromeuszkach, które uważałem za wzór dla wszystkich pielęgniarek. Szare Siostry są dla nas szczególnym darem łaski zesłanym z nieba w naszych trudnych czasach
Ostatnie trzy lata (...) spędziła w szpitalu, który założyła; usługiwała w nim chorym i czuwała przy konających. Brała zawsze na siebie najniższe posługi i najbardziej nieprzyjemne prace. Moglibyśmy powiedzieć, że była (...) kobietą konsekrowaną żyjącą w świecie (soror in saeculo); razem ze swoimi przyjaciółkami, noszącymi szare habity, stworzyła wspólnotę zakonną. Nieprzypadkowo jest patronką Trzeciego Zakonu Regularnego św. Franciszka i Świeckiego Zakonu Franciszkańskiego.
Nic nie jest tak „zaraźliwe” jak miłość, która ma oblicze Boga. Szare Siostry Marii Luizy były widoczne wszędzie; wychodziły do ludzi, dzieliły się tym, co posiadały.
Ubogich podnosiła ich modlitwa, leczyła ich miłość, odmładzała nadzieja i w ten sposób stawały się gwiazdami rozświetlającymi mroki XIX wieku.

 
W miarę jak wzrastało zrozumienie Bożego planu, św. Elżbieta i bł. Maria Luiza zaczęły pojmować, że proble­my, trudności i przeciwności lo­su, z którymi się borykały, są niczym w porównaniu z niewzruszonym zamiarem Boga, by miały udział w życiu wiecznym. One wierzyły w prawdziwość Bożego planu. Nic je nie zniechę­ciło, nic nie skłoniło do wątpienia w Bożą miłość, wszystko, co je spotkało stawało się okazją do wy­próbowania w praktyce tej nadziei, którą pokładały w Bogu.
Bł. Maria Luiza postanawia odejść z nowicjatu sióstr boromeuszek. Mając za sobą mocne doświadczenie łaski Bożej, podobnie jak św. Piotr, na Boże wezwanie wypływa na głębię (por. Łk 5, 1-11). Dokonuje tego w sytuacji po ludzku beznadziejnej, wyczerpana fizycznie oraz psychicznie. Nie zawahała się ponownie zarzucić sieci w bezkresne morze ludzkiego cierpienia, by wyłowić wielu ludzi z morza nędzy. Była w pełni świadoma, że ma jedynie łaskę Pana i dwie pary rąk (własnych i Franciszki) gotowe do posługi. Nawet jej rzeczy osobiste i wynajęte mieszkanie „były w obcych rękach”, a biskup wrocławski w liście pasterskim stwierdził, że nie może uznać za zgromadzenie kościelne stowarzyszenia założonego przez wystąpione nowicjuszki. Mimo tak trudnej sytuacji, bł. Maria Luiza postanowiła wznowić działalność charytatywną, bo wiedziała, kim jest Ten, który ją o to prosi. W tym też duchu zatapiała się w modlitwie, „czyniła wszystkim wiele dobra” i cierpliwie czekała na osąd pasterzy Kościoła. Wszystkich budowała swoją pokorą, nie ganiła, ani nie krytykowała przeciwników. Połów okazał się obfity. Licznie zgłaszające się dziewczęta oraz coraz to nowe prośby o otwarcie elżbietańskich placówek - tego mogła dokonać jedynie moc i łaska Boża, która przez pokorną służebnicę doprowadziła też do zatwierdzenia diecezjalnego Zgromadzenia; do złożenia profesji zakonnej. Zaś w dekrecie pochwalnym Stolica Apostolska poleciła nowe Zgromadzenie całemu światu. W roku odejścia do domu Pana napisała: Z głęboką wiarą i żywą ufnością w troskach, cierpieniu i radości – widziałyśmy kochającą rękę Boga, która prowadzi i wszystkim kieruje.
Wspaniałym owocem nadziei jest hart ducha i wypływająca z niego ufność, które pozwoliły, zarówno Elżbiecie jak i Marii Luizie, porywać się na rzeczy wielkie. Hart ducha wyzwolił je z własnych ambicji, dlatego z odwagą i pełnej wewnętrznej wolności czyniły to, co „uważały za właściwe wobec Boga i własnego sumienia”, a co na pozór wydawało się przewyższać ich możliwości.
Bóg pozbawiał je stopniowo „małych nadziei” i przeprowadzał przez doświadczenia (kryzysy) po to, aby odkryły ostateczną, wielką nadzieję i mogły za nią podążać. Mieć nadzieję oznacza: być pielgrzymem, a pielgrzymowanie to przechodzenie doświadczeń (kryzysów) i podążanie dalej. Możemy powiedzieć: Bóg oczyszczał je wewnętrznie, czyli pozbawiał balastu, na kolejny etap pielgrzymowania.
Nadzieja oznacza także narodziny wspólnoty, mówiącej o sobie: „my”. Możemy dokonywać rzeczy wspaniałych tylko wtedy, gdy zauważymy, kto stoi obok nas i może nas wspomóc.
Św. Elżbieta utworzyła ze swoimi towarzyszkami, Gudą i Isentrudą (które tak, jak ona złożyły ślub czystości), rodzaj klasztoru, gdzie oddawały się modlitwie i pracy. Tam też, w sposób najbar­dziej autentyczny, żyły umartwieniem i pokutą, w duchu św. Franciszka z Ayżu.
Bł. Maria Luiza do wspólnoty zakonnej przyjęła blisko 500 dziewcząt, z którymi założyła 90 placówek zakonnych, gdzie do kolejnych środowisk siostry wnosiły nową nadzieję. Żywiła (też) nadzieję, że z pomocą łaski Bożej siostry przyniosą chlubę swemu posłannictwu i zgodnie z powołaniem wytrwale i sumiennie będą pracować na chwałę Bożą. Zgromadzenie, któremu przewodziła można porównać do wielkiego przytułku, gdzie Gospodarzem opatrującym rany ciała i duszy, któremu siostry użyczają swych dłoni, stóp i serca, jest sam Jezus Chrystus. W tej wspólnocie wyraźnie słychać bicie Jezusowego Serca.
Przez ślubowanie rad ewangelicznych, św. Elżbieta i bł. Maria Luiza, poświęciły się, niepodzielnym sercem, służbie i uwielbieniu Boga. Śluby uzdolniły je do wyrzeczenia i prowadziły do wewnętrznej wolności i radości. Stały się w ten sposób znakiem nadziei życia przyszłego. Duch wzywa do świadectwa, do odważnego ukazywania daru i realizacji zadania. Prośmy i błagajmy, byśmy były prawdziwymi oblubienicami naszego niebieskiego Oblubieńca i mogły uczestniczyć w wieczystej uczcie.
 
e) Nadzieja – życie wieczne z Chrystusem.
 
Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa.
On w swoim wielkim miłosierdziu przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa
na nowo zrodził nas do żywej nadziei: do dziedzictwa niezniszczalnego i niepokalanego,
i niewiędnącego, które jest zachowane dla was w niebie. 1P 1,3-4.
 
 
 

 
św. Elżbieta Węgierska
 
 
bł. Maria Luiza Merkert
 
W listopadzie 1231 roku zaatakowała ostra febra.
Kiedy wiadomość o (...) chorobie się rozeszła, mnóstwo osób przychodziło, by ją odwiedzić. Po blisko dziesięciu dniach poprosiła o zamknięcie drzwi, by mogła pozostać sama z Bogiem. W nocy, 17 listopada, spokojnie zasnęła w Panu. Świadectwa o jej świętości były tak liczne i tak przekonujące, że zaledwie cztery lata później (1235) papież Grzegorz IX kanonizował ją. W tym samym roku, w Marburgu, został poświęcony piękny kościół, wzniesiony ku jej czci.
Dnia 14 listopada 1872 roku, w otoczeniu biskupa i sióstr, ziemskie pielgrzymowanie zakończyła największa kobieta Śląska w XIX wieku: Maria Merkert od Dzieciątka Jezus.
Przez cztery dni, poprzedzające ceremonie żałobne, przed Domem Macierzystym w Nysie, ludzie stali w niekończącej się kolejce, by dojść do trumny, podziękować za jej służbę i modlitwy oraz prosić o pamiątkę po ukochanej Matce wszystkich. Pogrzeb zgromadził około 5 tysięcy ludzi różnych stanów, wyznań i zawodów, pragnących pożegnać się z aniołem dobroci, nazwanym, jedenaście lat później, „Samarytanką ze Śląska”. Wszyscy byli przekonani o jej świętości. Za jej wstawiennictwem Bóg udziela nadzwyczajnych łask, uzdrawia chorych. Pamięć o jej świątobliwym życiu i sława świętości przetrwały próbę czasu, wojny, niesprzyjające uwarunkowania społeczno - polityczne i po 135 latach została ogłoszona błogosławioną. Uroczystość beatyfikacji miała miejsce w Nysie, mieście urodzin, życia, działalności, narodzin dla nieba i spoczynku jej relikwii. Wydaje się, że ten dystans czasowy pozwala uchwycić istotne znamiona i wymiary jej świętości.
 


        Podstawą chrześcijańskiej nadziei jest sam Jezus Chrystus i Jego zmartwychwstanie.
Św. Elżbieta i bł. Maria Luiza w Credo wyznawały wiarę w „ciała zmartwychwstanie”. W zwycięstwie Jezusa nad śmiercią jest także ich zwycięstwo.
        Św. Paweł napisał, że Duch Święty, który zamie­szkuje w nas przez chrzest i wiarę, jest zadatkiem tego, co ma nadejść: A nadzieja zawieść nie mo­że, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany (Rz 5,5).
        D
ziałanie Ducha Świętego w życiu św. Elżbiety i bł. Marii Luizy napeł­niało je radosnym oczekiwaniem na to, czego Bóg doko­na dla nich w przyszłości, a to z kolei pozwoliło im zachować ufność i radość w pielgrzymce do Ojca Niebieskiego. Wiara zaś mówiła im, że radość, której już doświad­czają w obecności Boga, zostanie nieskończenie pomnożona, gdy ujrzą Go twarzą w twarz. Wielu świętych, szczególnie w okresie poprzedzającym śmierć, odznacza­ło się niezachwianą nadzieją na życie wieczne. Bł. Maria Luiza napisała: Niech Bóg będzie uwielbiony za to, że udziela gorliwości w pracy, cierpliwości  w cierpieniu, odwagi w godzinie śmierci.  

c.d. zakładka: Referat cz.2

Czas ucieka, wieczność czeka
 
Reklama
 
 
Bogu mojemu
Panu i Stwórcy wszystkiego
ofiaruję siebie, moje życie,
zdolności i dokonania,
które są Jego łaską i darem.
Zatracając się w Nim
odnajduję
większą wolność i godność.
Odnajduję życie,
którym On mnie obdarza!
Panie mój i Boże,
uczyń mnie narzędziem
i odblaskiem
Twego miłosierdzia!
A.D. 2011

* * *

Koh 2,21
 
Chwała Ojcu -
Panu i Stworzycielowi!
Chwała Synowi -
Bratu i Oblubieńcowi!
Chwała Duchowi -
Dawcy Życia i Świętości!
CHWAŁA
TRÓJJEDYNEMU BOGU -
ODWIECZNEJ MIŁOŚCI!
Wdzięczne
TE DEUM LAUDAMUS
za łaski i dary
Boga i ludzi
i już dzisiaj za wszystko
co następne lata przyniosą!
A.D. 2000

* * *

Koh 2,21
 
Łącznie stronę odwiedziło już 50671 odwiedzający
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=