Zamyślenia

 




Zamyślenia
 nad duchowością
błogosławionej Marii Luizy Merkert

– Śląskiej Samarytanki

 

 

Przez całe życie  była wspaniałą, żywą świecą,

która bez przerwy spalała się i rzucała na swe otoczenie

jasne, ogrzewające  promienie życzliwości i dobroci.

o. E. Frankiewicz, 1972

 

Każda epoka ma swoje wielkie postaci, ma swoich świętych. Dla kolejnych pokoleń pozostają oni przede wszystkim świadkami żywej wiary, sługami Boga oraz ludzi, autorytetem, postaciami godnymi do naśladowania.

Święty jest dla nas nie tylko wzorem postępowania, ale i orędownikiem między ziemią i niebem. Zwracamy się do tych, którzy nas wyprzedzili w drodze do nieba, prosząc o ich pomoc, ufając, że Bóg zechce ukazać siłę ich modlitwy wstawienniczej, sprawiając za ich przyczyną cuda, udzielając łask.

Postać, którą pragnę przybliżyć to Maria  Luiza Merkert (1817-1872). Urodziła się przed blisko dwoma wiekami w Nysie, w mieście nazywanym Śląskim Rzymem. W dniu 30 września 2007 r. Ta, która poświęciła swoje życie w służbie chorym i najbardziej potrzebującym (List Apostolski 2007) została zaliczona w poczet błogosławionych. Jutro mija 135 lat od śmierci i przeżywać będziemy pierwsze wspomnienie liturgiczne Błogosławionej z naszej Diecezji Opolskiej.

Jej życie jest nie tylko świadectwem tamtej epoki, ale zarazem też stale aktualnym przesłaniem dla przyszłości. Ona miała serce przy Bogu, a ręce w posłudze najbiedniejszym z biednych. Kościół ogłosił, że jej życie było dotknięte i przemienione obecnością Boga żywego i w jej życiu wypełniła się Ewangelia Chrystusa. Wyniesienie do chwały ołtarzy jest więc nie tyle uhonorowaniem Marii Luizy Merkert, ile uczczeniem Jezusa Chrystusa, który w jej życiu ukazał moc swojej własnej świętości. Dlatego też beatyfikację odczytujemy jako znak, że Jezus żyje i działa w swoich wiernych. Z całą pewnością Marię Luizę Merkert można zaliczyć do grona świętych, którzy otwierając się na działanie Ducha Świętego, posłuszni Jego woli, wzbogacili Kościół o nowy, wyjątkowy charyzmat.

 

Jakie były motywy podejmowania decyzji u bł. Marii Luizy Merkert? Co stanowiło dla niej oparcie w chwilach, gdy stawała na rozdrożu dróg, gdy raz wybrawszy, ciągle wybierać musiała? Ku jakim prawdom wiary biegła jej myśl w momentach trudnych dla niej i dla nowego Zgromadzenia? Gdzie znajdowała oparcie? Próba odpowiedzi na te pytania, pozwalają chociaż trochę poznać jej duchowość. To, co było dla niej najważniejsze  odczytujemy zarówno w jej wypowiedziach, ze wspomnień innych osób, jak i z pouczeń, które  kierowała do sióstr.

 

Maria Luiza tak bardzo przejęła się ludzką nędzą, że w wieku 25 lat sprzedała skromny majątek i podjęła bezinteresowną służbę człowiekowi najbardziej potrzebującemu. Natomiast ci, którym służyła, nadali jej różne tytuły. Za życia, a więc w XIX wieku, była nazywana „aniołem dobroci”, „matką ubogich”, „kochaną matką wszystkich”. Nie wszystkie kobiety, nawet jeżeli mają własne dzieci nazywamy „matką”, również nie wszystkie święte kobiety mają taki wpływ na swoje środowisko otoczenie, by nazywano je „matka”. Marię Luizę nazwano „Matką” ze względu na szczególne umiłowanie chorych i biednych. Również patronkę złożonego przez błogosławioną Zgromadzenia, św. Elżbietę, której 800 lecie urodzin świętowaliśmy nazywano „matką”, a w czasach nam już bliższych Matką nazywamy Teresę z Kalkuty.  Jeszcze za życia Marię Luizę nieco z przekąsem nazwano także „nową świętą”. Jedenaście lat po śmierci, Rudolf Bunge, pisarz i poeta nazwał ją „Samarytanką”. Potomni natomiast - „Wielką Kobietą Śląska”, „Śląską Samarytanką”. W 2004 roku w Dekrecie o heroiczności cnót napisano, że Maria Merkert będąc: „obrazem Dobrego Samarytanina - ukazywała ojcowską dobroć Boga i matczyną troskliwość Kościoła”.

Arcybiskup Alfons Nossol, Biskup Opolski, w czasie homilii zauważył: że życiowa postawa Śląskiej Samarytanki sugeruje iż  istota tajemnicy świętości tkwi po prostu w miłości.

Kard. José Saraiva Martins, prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w „Przesłaniu” podkreślił: sugestywna jest definicja dana Błogosławionej, która została nazwana „Samarytanką Śląska”, ponieważ tak jak Miłosierny Samarytanin pochylała się nad ubóstwem moralnym i materialnym swych bliźnich.

Arcybiskup Damian Zimoń, Metropolita Górnośląski w homilii podkreślił, że błogosławiona Matka Maria odbudowała człowieczeństwo ludzi odrzuconych i opuszczonych. Przez swoją posługę samarytańską wyszła do nich, dostrzegła godność człowieka biednego, żyjącego bez lekarskiej opieki i w samotności. Najpierw musiała oczywiście sama odbudować u siebie godność dziecka Bożego, wrażliwego na natchnienia Ducha Świętego.

Biskup Stanisław Napierała, Biskup Kaliski stwierdził: Ona wyprzedziła czas i pojawiła się w XIX wieku jakby jutrzenka wielkich postaci, które Pan Bóg później posłał.

Ona  zaś - Maria Luiza Merkert uważała siebie za narzędzie w ręku Boga, powtarzając za św. Pawłem: Za łaską Boga jestem tym kim jestem, a wszystko, co zasługiwało na pochwałę przypisywała Bogu i ludziom, którzy Jej pomagali.

 

Przypatrując się jej postawie, możemy powiedzieć, że życiową pasją bł. Marii Luizy była serdeczna, matczyna troska o chorych, opuszczonych, biednych, potrzebujących w miejscu ich zamieszkania i to bez różnicy na status społeczny, narodowość, wyznanie czy płeć; (liczną grupę osób, którym pomagała stanowili protestanci i Żydzi). Wszyscy oni byli dla niej bliźnim. Bliźnim dla naszej błogosławionej były dzieci, sieroty, kobiety, mężczyźni, jeńcy wojenni, ranni żołnierze. Również umierający byli otaczani Jej szczególną miłością. Maria Luiza żyła problemami najbiedniejszych, docierała do ich środowisk, udzielała pomocy bez głębszego wnikania w uwarunkowania zastanej sytuacji. W czasach, w których żyła, jej posługa była niezwykle potrzebna. Mieszkańcy Ślą­ska cierpieli na skutek licznych wojen oraz nękających tę ziemię epidemii cholery, ty­fusu i ospy. Brakowało szpitali i przytułków, lekarzy i pielęgniarek. Po ulicach błąkały się osierocone dzieci.

Jej posługa człowiekowi choremu i potrzebującemu, jak na owe czasy była nowatorska: Maria i jej siostry opiekowały się chorymi w ich własnych mieszkaniach i to była opieka integralna - wzywały do nich lekarza, pielę­gnowały zgodnie z jego zaleceniami, dbały o higienę chorego, kupowały leki, przygotowywa­ły posiłki i karmiły tych, którzy nie byli w stanie samodzielnie jeść, prowadziły z chorymi rozmowy, czuwały nad nimi w nocy, zaopatrywały w odzież. Bywało, że chcąc nakarmić głodnych, Maria sprzedawała swoje własne ubrania.

Na biednych, potrzebujących pomocy patrzyła przez pryzmat wiary i dlatego jej spojrzenie na te osoby sięgało głębiej i dalej niż wzrok fizyczny. Jej patrzenie duchowe dostrzegało w tych ludziach cierpiącego Jezusa. Swoją służbą Maria pragnęła, biednym ludziom przewracać ich prawdziwe człowieczeństwo i utraconą godność dziecka Bożego. Dlatego żadna droga, która prowadziła do chorego nie była dla niej zbyt uciążliwa i żaden dom, w którym przebywał chory zbyt odległy. Zaledwie 55-letnie życie Marii obfitowało w pokorną służbę, radość i cierpienie. Wobec potrzebujących odznaczała się wielką hojnością: nie zawahała się dać ostatni grosz proszącemu, wydać ostatnie ziemniaki, żeby nakarmić głodujących, wspomóc ubogą wdowę. Jak relacjonują naoczni świadkowie: nie rozpoczynała talerza zupy, dopóki nie przekonała się, że wszyscy potrzebujący otrzymali już swoją porcję jedzenia; wracając z kościoła zdjęła swoje buty i oddała proszącej kobiecie. Osobiście posługiwała biednym i chorym na tyfus, cholerę, a odrzuconych przez społeczeństwo i pruskie prawo. Pracowała własnymi rękoma: w kuchni, przygotowując posiłki i myjąc talerze, przynosiła wodę, prała bieliznę. Potrafiła z rozwagą i energią zabiegać o dobro dla ubogich i mimo iż czasami byli niewdzięczni, ona rozdawała całą dłonią. Dzień po dniu, godzina po godzinie, żyła i czyniła dzieła miłosierdzia w morzu cierpienia i nędzy, które ją otaczało. Od tej  służby nie wstrzymały jej nawet działania wojenne, które w tym okresie, aż trzykrotnie potoczyły się przez Europę. Ona sama i jej siostry pielęgnowały rannych, chorych żołnierzy i jeńców wojennych.

Maria Luiza stała się także prekursorką opieki nad terminalnie chorymi, towarzysząc im w chwili odchodzenia z tego świata. Po śmierci pacjentów siostry zajmowały się ich ubieraniem, organizacją pogrze­bu i pomocą materialną i duchową najbliższej rodzinie zmarłego.

Trudno dziś zliczyć otarte przez nią łzy, opatrzone rany, przywróconą nadzieję żyjącym i już umierającym i rozpaloną na nowo miłość. Tymi czynami Maria Luiza sprawiła, że w sercach wielu ludzi zabłysła nowa nadzieja.

Zastanawiając się  nad fenomenem życia Matki Marii Merkert  trzeba przede wszystkim podkreślić łączność modlitwy z działaniem: Matka Maria  Luiza głosi Ewangelię swoim życiem w całości ofiarowanym ubogim, ale jednocześnie w całości pogrążonym w modlitwie. Biskup Wahl z Drezna, który był przy niej, gdy kończyła ziemską pielgrzymkę, zaświadcza, że chwile wolne od posługi chorym, spędzała jak Maria u stóp Jezusa. W modlitwie i  kontemplacji Jezusa Chrystusa, Jego Najświętszego Serca znajdowała siłę i moc, aby tak ofiarnie i bez reszty oddać się służbie innym.

 

Bóg patrzy na mnie z miłością

Maria Luiza poruszona głęboko miłością Boga do człowieka, pragnęła żyć wyłącznie dla Niego. Jej oddanie się Chrystusowi, którego naśladowała, wyrażało się w postawie bezgranicznego zawierzenia, prostoty, głębokiej pokory, skromności oraz dyspozycyjności i gotowości do odpowiadania na każde Jego wezwanie. Dla Chrystusa Maria oddała wszystko i zaangażowała dla Niego wszystkie zdolności i wszystkie środki, jakimi dysponowała. Była całkowicie zdana tylko na Niego i była gotowa do oddania Jemu własnego życia, nawet w przedwczesnej śmierci. Miłość Boga nade wszystko i miłość dla każdego człowieka była dla niej centralną ideą życia duchowego. Ją odkryła i jej się uczyła w Eucharystii i na adoracji Najświętszego Sakramentu. Chleb Eucharystyczny uzdalniał ją do stawania się chlebem dla głodnych, chorych, cierpiących i potrzebujących pomocy. W postawie oddania się Chrystusowi urzeczywistniało się jej zjednoczenie z Nim tak dalece, że rodziła się w niej miłość do Jego Serca, które jest źródłem charyzmatu jakim została obdarowana, żeby być apostołką miłosierdzia dla chorych i potrzebujących. Była z Nim tak zjednoczona, że widziała Go także żywego w drugim człowieku. Jego rozpoznawała w ubogich, chorych i potrzebujących pomocy. Maria Merkert, jak nowoczesny Samarytanin, przyjęła charyzmat spotkania się z Panem, cierpiącym, chorym, opuszczonym, ofiarując siebie samą, będąc solidarną z najsłabszymi, z porzuconymi i z dziećmi biednymi. Często przypominała sobie i swoim siostrom: Siostry to co dajemy, musi być dobre. Wstydzić byśmy się musiały, gdyby Zbawiciel stanął przed nami w starym ubraniu lub koszuli, którą od nas otrzymał. Wówczas biada nam w dniu sądu. Dla biednych, którzy przychodzą w miejsce Boga, jedzenie musi być dobre i smaczne. (...) wydawała również biednym swoje rzeczy, których jeszcze nie używała.[1]

Matka Maria Merkert siała ziarno miłości, które wydawało plon. Za jej życia blisko 500 dziewcząt poszło jej śladem, by pochylać się nad chorymi, nieść im siostrzaną pomoc, ulgę w cierpieniu, życzliwość i ludzką dobroć, a ci którzy nie mogli podjąć tej drogi, pomagali w dziele miłosierdzia poprzez modlitwę, ofiarowanie swoich cierpień, czy też finansowe wsparcie dzieła w myśl jej słów: Proszę was, abyście z miłością i cierpliwością pielęgnowały chorych. Jesteś­my bowiem przynaglane, by pokazać, że chcemy wszystkim czynić wiele dobra i wszystkich kochać w Bogu; a jeśli już nic nie możemy uczynić, chciejmy przynajmniej za nich się modlić.

Dzieło miłosiernej miłości, które błogosławiona podjęła w połowie XIX wieku było w tamtych czasach aktem wielkiej odwagi. Maria Luiza nie zamknęła się w sztywnych granicach, odkrywała Oblicze Chrystusa w każdym człowieku cierpiącym i odważyła się pójść w tym kierunku, w którym dotąd jeszcze nikt nie poszedł.

Na podkreślenie zasługuje fakt, że dzisiaj w charyzmacie bł. Marii Luizy Merkert oprócz sióstr, uczestniczą też współpracownicy świeccy, kobiety, mężczyźni, młodzież, którzy naśladują Błogosławioną otwierając się na duchowość i posłannictwo zgromadzenia, wcielając je w swoje osobiste powołanie.

Jest to swoista ewangelizacja podejmowana w świecie cierpienia poprzez integralną pomoc człowiekowi choremu – wyjście w jego stronę, tam gdzie przebywa lub mieszka, odczytanie jego potrzeb, pragnień, oczekiwań, braków i udzielenie na nie odpowiedzi w duchu ewangelicznej miłości.

 

            Czas powstania Zgromadzenia przypada na okres rozkwitu kultu Najświętszego Serca Jezusowego w Kościele. Bł. Maria Luiza Merkert, mimo iż bezpośrednio niewiele napisała o Najświętszym Sercu Jezusowym, jednak starała się w swoim życiu pielęgnować te cnoty, którymi przepełnione jest Serce Jezusowe: bezinteresowną miłość, cichość, cierpliwość, pokora. Do naśladowania tych cnót zachęcała również siostry. Swoje zatroskanie o rozwój czci Serca Jezusowego, wyraziła w liście z 30 listopada 1869 r. Zachęcała siostry do wykorzystania każdej trudnej sytuacji dla okazania Chrystusowi swojej wierności i miłości. Taką okazją było cierpliwe znoszenie błędów drugich:

            "Pomne własnych błędów, uczmy się od Serca Jezusowego ze szczególną cierpliwością znosić ułomności naszych bliźnich, a wtedy już tu naszą nagrodą będzie pokój wewnętrzny i zewnętrzny, a przy końcu życia Bóg pokoju - ufamy Jego miłosierdziu - da zażywać wiecznego pokoju".

Przeżywana przez Nią na wzór Serca Jezusowego pokora, prostota, skromność i cichość pozwalały jej żyć głęboką świadomością całkowitej zależności od Boga, pozwalały zauważyć i uznać swoje słabości. Serce Jezusowe było dla Niej silnym i pewnym punktem oparcia w ofiarnej posłudze chorym, najbardziej potrzebującym i w skuteczności Jej służby apostolskiej, misji ewangelicznej

 

            Rozwój cnót Służebnica Boża wiąże z umiejętnością współpracy z łaską Bożą, dlatego największym jej pragnieniem jest "aby przy wzrastających obowiązkach siostry wzrastały również w łasce Bożej". Jako człowiek wiary we wszystkim widziała działanie Boże, za wszystko dziękowała, w każdej sytuacji mówiła bądź wola Twoja Panie

 

Matka Maria starała się w sposób prawidłowy wykorzystywać otrzymane od Boga talenty, obracała nimi zgodnie z wolą Bożą i światłem Ducha Świętego. W Dekrecie o heroiczności cnót zapisano, że panowała nad swoim temperamentem, który był stosunkowo żywy. We współpracy z łaską Bożą Maria Luiza dokonywała w sobie gruntownej metanoi., wykorzystując naturalne cechy z dominacją charakteru cholerycznego do budowy gmachu duchowego. Jak relacjonują naoczni świadkowie jej życia, czasami zdarzyło się, że zwróciła uwagę zbyt ostro. Sytuacje takie miały miejsce, gdy siostry zaniedbały coś u chorego lub też gdy posiłek dla ubogich był niewłaściwie przygotowany, jednak zawsze potrafiła przeprosić i wynagrodzić. Siostry, które wstąpiły do Zgromadzenia w późniejszym okresie, podkreślają, że Matka Maria była opanowana i z dystansem podchodziła do wszystkich spraw.

 

Jeśli dzisiaj przypatrujemy się jej prostej osobowości, jej wrażliwości i umiejętności odczytania znaków czasu, to dlatego, że dzięki lepszemu poznaniu i podziwianiu jej cnót, które już Kościół uznał, również my możemy nauczyć się wlewać balsam miłości w rany ludzi odrzuconych przez społeczeństwo, ocierać łzy naszych bliźnich dotkniętych cierpieniem, stawać się narzędziami pokoju i czynić bardziej ludzkim środowiska, w których żyjemy. Podejmowane przez nas akty miłosierdzia nie muszą być od razu działaniami na wielką skalę. Wystarczy talerz zupy lub kromka chleba ofiarowana głodnemu, kiedy indziej pół godziny spędzone przy łóżku chorego albo cierpliwe wysłuchanie narzekań ludzi zmęczonych życiem. Z pewnością serce wypełnione wyobraźnią miłosierdzia podpowie, co w danej chwili, w zetknięciu z konkretną ludzką biedą, należy uczynić. Oby nigdy nie zabrakło nam wrażliwości i odwagi Samarytanina. „Czyńmy wszystkim wiele dobra”, a zwłaszcza tam, gdzie miłosierdzie Ojca jest jeszcze nieznane, a wtedy ludzie przekonają się, że Bóg jest miłością, a Kościół otacza wszystkich matczyną troskliwością na pielgrzymiej drodze do Domu Ojca Niebieskiego.

 

Parafrazując wiersz Jerzego Lieberta mogę powiedzieć:

Uczę się Ciebie, Kochana Matko,

Powoli się uczę, powoli.

Od tego uczenia trudnego

raduje się serce i boli.

Uczę się Ciebie, Kochana Matko

i wciąż jeszcze nie umiem ,

ale Twe ranne wesele,

Twą troskę wieczorną rozumiem.

 

s.M. Margarita Cebula CSSE

 

Nysa - Opole,
w Wigilię Liturgicznego Wspomnienia, 13 listopada 2007 r.



[1] E. Frankiewicz, Maria Merkert, dok. 279, s. 540-nn.

Czas ucieka, wieczność czeka
 
Reklama
 
 
Bogu mojemu
Panu i Stwórcy wszystkiego
ofiaruję siebie, moje życie,
zdolności i dokonania,
które są Jego łaską i darem.
Zatracając się w Nim
odnajduję
większą wolność i godność.
Odnajduję życie,
którym On mnie obdarza!
Panie mój i Boże,
uczyń mnie narzędziem
i odblaskiem
Twego miłosierdzia!
A.D. 2011

* * *

Koh 2,21
 
Chwała Ojcu -
Panu i Stworzycielowi!
Chwała Synowi -
Bratu i Oblubieńcowi!
Chwała Duchowi -
Dawcy Życia i Świętości!
CHWAŁA
TRÓJJEDYNEMU BOGU -
ODWIECZNEJ MIŁOŚCI!
Wdzięczne
TE DEUM LAUDAMUS
za łaski i dary
Boga i ludzi
i już dzisiaj za wszystko
co następne lata przyniosą!
A.D. 2000

* * *

Koh 2,21
 
Łącznie stronę odwiedziło już 53228 odwiedzający
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=