Referat 2007



Dzień Życia Konsekrowanego

Opole,  02.02.2007


s.M. Margarita Gabriela Cebula CSSE



Bóg ... patrzy na mnie z miłością

   Maria Merkert 1860

 

Rozpoczynając pontyfikat XXI wieku papież Benedykt XVI podarował Kościołowi programową encyklikę „Deus caritas est” – O miłości chrześcijańskiej. We wprowadzeniu Ojciec Święty przypomniał nam, że fundamentalny wybór chrześcijanina zawarty jest w słowach: „Uwierzyliśmy miłości Boga”. Odwołując się do Pierwszego Listu św. Jana kieruje nasze myśli ku zwięzłej zasadzie chrześcijańskiego życia: „Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam” i mówi nam „o miłości, którą Bóg nas napełnia i którą mamy przekazywać innym” (DCE 1). Jest to przesłanie bardzo aktualne i mające konkretne znaczenie w świecie.

Na zakończenie wspomnianej Encykliki Ojciec Święty kieruje naszą uwagę na świętych, jako „tych, którzy w przykładny sposób wypełnili dzieło caritas” i którzy stojąc „twarzą w twarz” z Bogiem, który jest miłością, (...) odczuwali naglącą potrzebę, by zamienić swoje życie w służbę bliźniemu, obok służby Bogu” (por. DCE 40), bo „kto zmierza ku Bogu, nie oddala się od ludzi, ale staje się im prawdziwie bliski”  (DCE 42).

Podkreśla również, że „ w życiu świętych nie należy brać pod uwagę jedynie ich ziemskiej biografii, ale także ich życie i dzieło w Bogu, po śmierci” (DCE 42.

W tym nieco dłuższym wstępie pragnę także zacytować słowa Ojca Świętego: "Święci nie spadają z nieba" z ostatniej środowej katechezy poświęconej współpracownikom św. Pawła. Ojciec Święty powiedział m. in.: Nawet między świętymi dochodzi do poróżnień, niezgody, kontrowersji. Dla mnie jest to bardzo pocieszające, gdyż widzimy, że święci „nie spadli z nieba”. Są ludźmi tak jak my, ze złożonymi nieraz problemami. Świętość nie polega na tym, by nigdy się nie pomylić, nie zgrzeszyć. Świętość rośnie w zdolności nawrócenia, pokuty, gotowości do rozpoczynania na nowo, a zwłaszcza w zdolności pojednania i przebaczenia”[1]

         

Uwierzyła miłości Boga - Bóg napełnia miłością


Postać, którą mam dzisiaj przybliżyć, głęboko uwierzyła miłości Boga: „Bóg (...) patrzy na mnie z miłością”, o tym była przekonana i tak zapisała w jednym ze swoich listów.  Mamy nadzieję, że i nasza wiara umocni się w spotkaniu z Marią Luizą Merkert (1817-1872),
(która 30 września 2007 roku, w mieście swego urodzenia, życia i działalności, śmierci i spoczynku,  została zaliczona w poczet błogosławionych kościoła katolickiego).

Pragnę ukazać jej wyjątkowe świadectwo poświęcenia się Bogu poprzez naśladowanie Chrystusa i przemianę całej swej egzystencji dzięki miłości Boga.

 

Kim była Maria Luiza? Urodziła się w 1817 roku w Nysie, jako druga córka Karola-Antoniego Merkert i jego żony Barbary. Nie pamiętała ojca, który zmarł 9 miesięcy po jej urodzeniu. Matka zadbała o staranne, jak na ówczesne czasy, wykształcenie swych córek. W tym miejscu pragnę zwrócić uwagę na pewien szczegół z lat szkolnych. Plan lekcji z lat, gdy ona była uczennicą Katolickiej Szkoły dla Dziewcząt w Nysie, informuje nas iż sporo czasu poświęcano religii. W pierwszych 2 latach nauczania po jednej godzinie, w 3 roku nauczania: religia i druga jednostka lekcyjna katechizm; w kolejnych dwóch latach dochodziły jeszcze oprócz religii i katechizmu, przygotowanie do niedzielnej liturgii, czytanie i komentarz do lekcji i Ewangelii, w ostatnim roku dodatkowo Historia Biblijna. Do tego trzeba jeszcze dodać ćwiczenia pamięci na tekstach Pisma  Świętego i katechizmu.

Można więc powiedzieć, że od najwcześniejszych lat Maria wsłuchiwała się i poznawała Słowo Boże, rozważała je, przyjmowała i nim żyła. Przez Słowo Boże jej życie nabierało nowego wymiaru. Maria ujrzała przed sobą jasno wytknięty cel: oddać się Bogu i poświęcić się najbardziej potrzebującym. Z Ewangelii wiedziała, że Chrystus nazwał ubogich błogosławionymi, że podniósł ich do rangi swoich ambasadorów mówiąc: "Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili" (Mt 25, 40). Maria dostrzegła ukrytego w ubogich chorych Chrystusa, a przez czyny miłosierdzia, pragnęła Go w nich uczcić. Dlatego żadna droga, która prowadziła do chorego nie była dla niej zbyt uciążliwa i żaden dom, w którym mieszkał chory zbyt odległy. Sytuacja chorych w XIX wieku była bardzo trudna; biedni w ogromnej większości byli pozostawieni własnemu losowi, a jedyna nadzieja była w tym, że ich organizm okaże się silniejszy niż choroba.


 

Umiłowana przez Boga - Przekazywać miłość innym

Jej życie bardzo intensywne i pełne poświęcenia, ale i doświadczeń, niezrozumienia.

Jak podają nam historycy już we wczesnych latach młodości pragnęła poświęcić się najbiedniejszym z biednych, ale czuła się zobowiązana do pielęgnacji ciężko chorej matki. W chwilach wolnych posługiwała też najbardziej potrzebującym. Po śmierci matki w lipcu 1842 roku sprzedała niewielki majątek i wraz z starszą siostrą zamieszkała w wynajętym skromnym pomieszczeniu przy kościele św. Jakuba w Nysie. Pragnęła zapracować na własne utrzymanie, a wolny czas poświęcić dziełom miłosierdzia, służąc chorym i najbardziej potrzebującym; miała wtedy 25 lat. Za radą spowiednika, wraz z siostrą dołączyła do dwóch innych mieszkanek Nysy, które podobnie jak ona czyniły dobro innym. 27 września 1842 roku cztery dziewczyny Klara, Matylda, Maria i Franciszka, po spowiedzi św. uczestniczyły we Mszy św., przyjęły Komunię św., po czym we wcześniej wspomnianym pomieszczeniu, przed obrazem Chrystusa z Sercem Gorejącym, poświęciły siebie, swoich najbliższych, wszystkich chorych, potrzebujący, życzliwych i nieżyczliwych - Najświętszemu Sercu Jezusa. W ten oto sposób, poprzez oddanie siebie Bogu i z kapłańskim błogosławieństwem spowiednika zostały położone podwaliny przyszłego Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety.

„Już od samego początku Matka Maria i jej towarzyszki były uważane za siostry zakonne, pomimo, że w owym czasie były jeszcze oso­bami świeckimi” (Dekret 2004). Matylda zmarła w 1846 r. wskutek zarażenia się tyfusem podczas pielęgnacji chorych w Prudniku.

Celem zdobycia for­macji zakonnej, pewien okres czasu, Klara (1846-1847) i Maria (1846-1850), przebywały u Sióstr Boromeuszek w Pradze, a po wprowadzeniu tegoż zgromadzenia do Nysy (1848), również Franciszka i 5 innych Szarych Sióstr, jak je potocznie nazywano.

W 1850 roku z grupy 9 Szarych Sióstr pozostały Maria i Franciszka, które ponownie podjęły dzieło miłosierdzia w Nysie, mimo, że doznawały tu licznych i przykrych upokorzeń, które jak podkreślono w Dekrecie, Maria Luiza „znosiła cierpliwie i pokornie”.

W roku 1859 Stowarzyszenie Szarych Sióstr św. Elżbiety zostało zatwierdzone przez Biskupa wrocławskiego. Na pierwszej Kapitule Generalnej w grudniu 1859 r. Maria Merkert została wybrana Pierwszą Przełożoną Generalną. W maju następnego roku złożyła pierwszą profesję zakonną i czwarty ślub posługi chorym i najbardziej potrzebującym bez różnicy na stan, wyznanie, wiek i płeć.

W Dekrecie podkreślono, że „pod jej kierunkiem Instytut szybko się rozwijał i zyskiwał uznanie władz państwowych. Służebnica Boża troszczyła się o formację Sióstr, dla których była kochającą matką i wspania­łym wzorem chrześcijańskiego życia: praktykowała bowiem wszystkie cnoty, zdobywając do­skonałość ewangeliczną. Niepodzielnym sercem miłowała Boga i wiernie Mu służyła, gotowa pełnić tylko Jego wolę. Cokolwiek bowiem czyniła, czyniła z wiarą, głęboką nadzieją i ufno­ścią w Opatrzność Bożą. Swe życie wewnętrzne ożywiała modlitwą i pobożnością do Euchary­stii, Najświętszego Serca Jezusa, Najświętszej Dziewicy, św. Józefa i św. Elżbiety Węgierskiej, którą obrała za Patronkę swego Zgromadzenia zakonnego”.

Nie przywdziały żadnego stroju zakonnego, chodziły w skromnej sukni przepasanej paskiem skórzanym, do którego zawieszały różaniec, a na głowę zakładały XIX-wieczny czepiec. Wszystkie siostry miały tę samą wolę czynienia miłosierdzia, wspólnie spożywały posiłki i pracowały, odwiedzały domy ubogich, chorych, zdobywały pożywienie i rozdzielały je potrzebującym, bez jakiejkolwiek różnicy. Była to forma życia konsekrowanego prowadzonego wśród biednych, chorych, bez ścisłej klauzury. Na kanoniczne zatwierdzenie przez Kościół takiego stylu życia wspólnotowego kobiet trzeba było jeszcze nieco poczekać.

 Maria, jako odpowiedzialna za nową wspólnotą, bez wątpienia, potrafiła zharmonizować dwa wymiary życia: głęboką, wewnętrzną modlitwę i posługę ubogim chorym w ich domach. Przyjęła rolę Marii, ale nie odrzuciła roli Marty -„Mariam induit, Martham non exuit”.

 

Posłana - wypełniała dzieło caritas


Zaledwie 55-letnie życie Marii obfitowało w pokorną służbę, radość i cierpienie. Wobec potrzebujących odznaczała się wielką hojnością: nie zawahała się dać ostatni grosz proszącemu, wydać ostatnie ziemniaki, żeby nakarmić głodujących, wspomóc ubogą wdowę. Jak relacjonują naoczni świadkowie: nie rozpoczynała talerza zupy, dopóki nie przekonała się, że wszyscy potrzebujący otrzymali już swoją porcję jedzenia; wracając z kościoła zdjęła swoje buty i oddała proszącej kobiecie. Osobiście posługiwała biednym i chorym na tyfus, cholerę, a odrzuconych przez społeczeństwo i pruskie prawo. Pracowała własnymi rękoma: w kuchni, przygotowując posiłki i myjąc talerze, przynosiła wodę, prała bieliznę; w domach posługiwała chorym, pielęgnowała rannych żołnierzy i jeńców wojennych. Potrafiła z rozwagą i energią zabiegać o dobro dla ubogich i mimo iż czasami byli niewdzięczni, ona rozdawała całą dłonią. Dzień po dniu, godzina po godzinie, żyła i czyniła dzieła miłosierdzia w morzu cierpienia i nędzy, które ją otaczało.

W działalność dobroczynną zaangażowała nie tylko serce, lecz także rozum. Wiedziała bowiem, że pomoc potrzebującym w ramach zorganizowanej instytucji jest bardziej skuteczna i trwała. Stąd w zawierzeniu Opatrzności Bożej i z radością otwierała nowe placówki elżbietańskie, często powtarzając: „Gdy możemy rozszerzyć działalność na inne tereny, gorąco pragnę, na ile nasze siły pozwolą, byśmy tam pracowały na chwałę Bożą i dla dobra cierpiącej ludzkości”. Widzimy tu jej macierzyńską troskę połączoną z głębokim zjednoczeniem z Bogiem, co nadaje jej działalności charakter profetyczny.

W ciągu 22 lat zarządzania wspólnotą założyła 90 placówek zakonnych rozsianych na ziemi Śląskiej, w głębi Niemiec, Czechach, Szwecji.

W życiu Marii Merkert dostrzegamy postawy, które odzwierciedlają Ewangelię Jezusa Chrystusa: całkowite poddanie się woli Boga, wyrzeczenie się wszystkiego oraz radykalne praktykowanie nowego przykazania miłości.

Zapominając o sobie samej, starała się być blisko potrzebujących. W ludziach nieszczęśliwych, ubogich, chorych, w głodnych, najbardziej potrzebujących, podobnie jak Patronka Zgromadzenia - św. Elżbieta - Maria widziała osobę Chrystusa (Mt 25, 40).

Szczególne miejsce w jej wszystko obejmującym sercu miały dzieci, zwłaszcza sieroty. Całe swoje życie poświęciła na to, by innych obdarzać dobrocią Boga, który jest  samą Miłością. Przypatrując się jej życiu, widzimy, że żyła i postępowała z świadomością,  iż Bóg pierwszy ją umiłował, stąd też miłość Boga i miłość bliźniego nie była dla niej przykazaniem, ale odpowiedzią na dar miłości z jaką Bóg ją obdarzył.

 

 „kto zmierza ku Bogu, nie oddala się od ludzi,
ale staje się im prawdziwie bliski”  (DCE 42).

Jej życie było całkowicie ukierunkowane na Boga i na czynienie wszystkim dobra. Postanowiła żyć Ewangelią. Zarówno pisma, jak i liczne wydarzenia z jej życia, przekazane nam w relacjach naocznych świadków, mogą być zrozumiane tylko wówczas, gdy przyjmiemy dosłowne pojmowanie przez nią Ewangelii. Matka Maria przełożyła na konkretne życie program Jezusa przedstawiony w Ewangelii:

                  
„Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną „ /Mt, 19, 21/.

Pragnęła radykalnie naśladować Jezusa, który będąc bogaty, stał się ubogi. Sprzedała skromny majątek, zamieszkała w wynajętym pomieszczeniu i poprzez dzieła  miłosierdzia poświęciła się najbardziej potrzebującym.

                  
Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili"
/Mt 25,40/ .

Słowa te uczyniła swoją dewizą życiową. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że czuła się przez Boga powołana do wypełnienia misji wobec najbiedniejszych z biednych. To powołanie niejako „prowokowało” ją do przekraczania siebie, stawiało wobec zadań do zrealizowania, czyniło odpowiedzialną względem innych i pozwoliło na odkrywanie nowych możliwości w służbie najbardziej potrzebującym. Wierność podjętej misji w tamtym czasie i w konkretnym miejscu przyczyniła się do autentycznej animacji  nowych powołań. Było to świadectwo życia spostrzegane przez młode dziewczęta jako prawdziwe, piękne, dobre i godne, aby obrać taki styl życia jako własny i utożsamić się z nim.

 "Kto chce znaleźć swe życie straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je"/Mt 10,39/

Maria była zdecydowana pielęgnować chorych bez względu na rodzaj choroby, nie patrząc na własne zdrowie, nawet za cenę ofiary z własnego życia.
 

 „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje” (Mk 8, 34-35).

Przynależeć do Chrystusa musi kosztować. Dla Marii jedno z najtrudniejszych doświadczeń to: brak zrozumienia ze strony społeczeństwa, do którego należała, dla jej pragnienia niesienia pomocy potrzebującym. W Śląskiej gazecie kościelnej, autor artykułu poświeconego pracy Szarych Sióstr tak ujął tę sytuację: Człowiek, który w chorych służy Chrystusowi i uwielbia Jego Imię, jest dzisiaj prześladowany i  znieważany.2]

 

Wiara Matki Marii była nie tylko ufna, ale i wytrwała. Pokładała ufność w Bogu; wierzyła, że  Jego moc jest w stanie uczynić wszystko. Była przekonana, że każdy wysiłek w imię Boże jest coś wart, wiele wart, „czyńmy co w naszej mocy, Bóg resztę uzupełni”.

 

„Wszystko jest wolą Bożą, jestem mocno przekonana, że tak jest, chociaż miałybyśmy jeszcze więcej cierpieć. Dlatego pragniemy odważnie, radośnie i wiernie służyć Bogu”.

Żarliwość i wewnętrzna moc Matki Marii pochodziła z jej relacji z Bogiem. Jej modlitwa była głęboka, nieustanna. Stała świadomość obecności Boga była dla niej źródłem siły, radości i zaangażowania na rzecz ubogich.  Ale ona przeżywała to jeszcze głębiej:  spotkanie Chrystusa w ubogich chorych pobudzało ją do wiary i modlitwy.


W Konstytucjach, które jeszcze za jej życia Stolica Apostolska poleciła przestrzegać, tak to ujęła:

- Siostra św. Elżbiety poświęca się pielęgnowaniu chorych nie dla  nagrody doczesnej, lecz z miłości ku Chrystusowi Panu pomna na  Jego słowa: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili /Mt 25,40/.

- Myśl,  że samego Chrystusa pielęgnuje w każdym - choćby najuboższym chorym - powinna jej wszędzie towarzyszyć i pomnażać w niej miłość ku swemu Niebieskiemu Oblubieńcowi. Wtedy dopiero pozna i zrozumie, jak potężnym jest Bóg w słabych nawet istotach.

 

Miała świadomość bycia w służbie dla biednych tego świata, ale z drugiej strony jej pielgrzymka do Boga charakteryzowała się coraz większym wewnętrznym oderwaniem od świata. W jednym z listów pisze: „Świat jest rzeczywiście w złym położeniu, a nędza duchowa i materialna jest tak wielka, że my, które dobrowolnie obrałyśmy powołanie zmuszające nas do obcowania z nim, jesteśmy przynaglane, by pokazać, że chcemy wszystkim czynić wiele dobra i wszystkich kochać w Bogu; a jeśli już nic nie możemy uczynić, chciejmy przynajmniej za nich się modlić”. Powyższe jej słowa stanowią motto do Dekretu, stwierdzającego heroiczność jej cnót.

 

 W Konstytucjach (1869) czytamy:

- Życie ma być ukryte z Chrystusem w Bogu (Kol 3.3).
Modlitwa, rozmyślanie, ołtarz i tabernakulum, komunia sakramentalna i duchowa, mają utrzymywać nieprzerwaną, mistyczną łączność serca z Chrystusem i ją udoskonalić.

         

Pomimo trudów i zmagań Maria promieniowała radością i pogodą ducha. W głębi jej duszy panował pokój, o który też zabiegała dla swoich cór duchowy. W każdym jej liście możemy znaleźć życzenia pokoju, typu: „życzę pokoju z Bogiem, z sobą samym i  z bliźnimi”, zachętę do budowania pokoju , a przede wszystkim, by o tę łaskę prosić: „proście Boga, aby ten pokój w was pozostał”, a  gdy pokoju  zabraknie: „proście tak długo, aż Bóg was wysłucha i pokój stanie się on waszym udziałem”

 

                                 
„Świętość rośnie w zdolności  nawrócenia, pokuty,
                            
gotowości do rozpoczynania na nowo,
                               
a zwłaszcza w zdolności pojednania i przebaczenia”
(
Katecheza)

Nasze życie nie jest nam ofiarowane w gotowej, dojrzałej postaci. Wymaga od nas wejścia w proces dorastania ludzkiego i duchowego, który jest możliwy we współpracy z łaską Bożą poprzez osobiste zaangażowanie, wysiłek i ofiarę.

W Dekrecie o heroiczności cnót zapisano również, że Matka Maria panowała nad swoim temperamentem, który był stosunkowo żywy. W życiu Marii możemy zobaczyć, że miłość Jezusa ma moc przemieniać i wpływać na kształt życia. Doświadczając bezwarunkowej  miłości Boga, Maria dostrzegała własny brak miłości do Niego i bliźnich, swój porywczy charakter, nad którym pracowała. Jedna z sióstr zapisała: ”Matka była z natury porywcza. Zdarzało się, że była bardzo surowa, gdy któraś siostra nie wywiązała się ze swego obowiązku, lub gdy przeoczyła coś u chorego. Upomnienie było nieraz ostre. I to spotkało pewnego razu dwie siostry. Po dwóch godzinach wynagrodziła im to”. Upomnienia dotyczyły zaniedbań względem chorych, potrzebujących, w których Matka widziała samego Chrystusa. W innych świadectwach siostry podkreślają jej gorące współczucie, pełne miłości roztropne traktowanie, troskliwą opiekę duchową i materialną, siostrzaną miłość, życzliwość, uprzejmość, chętne sprawianie radości współsiostrom, pogodę duch.

W wyczerpującym trudzie samarytańskiej posługi - miłosierdzia – Matka Maria zmagała się dodatkowo z ogromnymi przeszkodami, które napotykała starając się ulżyć niedoli najbardziej potrzebujących. Jej posługa pełna współczującej dobroci i poświęcenia, powodowała agresję niektórych z otoczenia. Wśród piętrzących się trudności, Matka Maria niosła miłosierdzie, które odnosiła do Źródła, a więc do Boga miłosiernego, sobie przypisując jedynie rolę narzędzia w Bożych rękach.3] Ale właśnie owo narzędzie było ciągle uświęcane przypływem miłosierdzia, zakotwiczonego w Miłosiernym Ojcu. Naśladując Jezusa oddała serce i zaryzykowała wszystko. Służyła ludziom nie licząc na wdzięczność4], pochwałę, nawet na to, że im skutecznie pomoże. Z pokorą przyjmowała niesłuszne wyrzuty, pamiętając słowa Pana: Jeżeli Mnie prześladowali, to i was prześladować będą (J 15, 20). Każdy dzień. przeżywała, dając miłość nawet tym, którzy zdawali się jej nie potrzebować i nie chcieć, którzy na nią po ludzku nie zasłużyli.

Matka Maria przebaczała z serca. Modląc się za prześladowców, nie tylko wyjednywała im błogosławieństwo, ale także sama stała się wolna od niechęci, żalu, pretensji, to z kolei zaowocowało osiągnięciem pokoju i jedności, bo co człowiek sieje, to i żąć będzie (Ga 6,7). Ona zaś, idąc wiernie drogą przebaczenia i pojednania stawała się narzędziem Bożego pokoju i ambasadorem pojednania: Są narzędziem pojednania między katolikami i innowiercami. (...) są dla nas  szczególnym darem łaski zesłanym z nieba w naszych krytycznych czasach. (...) są tak jak św. Elżbieta «wszystkim dla wszystkich». Miłosierdzie Boże, przyjęte przez Matkę Marię z pokorą i prostotą, wlało w je serce nadzieję, która pozwalała mężnie znosić wszystkie trudne sytuacje.

„ w życiu świętych nie należy brać pod uwagę
 jedynie ich ziemskiej biografii,
ale także ich życie i dzieło w Bogu, po śmierci” (DCE 42).

Maria praktykowała przykazanie miłości chrześcijańskiej jako kobieta całkowicie poświęcona Bogu i posłudze ubogim chorym i dzieciom. Została nazwana „gwiazdą w koronie ludu śląskiego, jutrzenką zwiastującą nową nadzieję”. Czynami miłosierdzia sprawiła, że w sercach wielu ludzi zabłysło światło. Trudno zliczyć otarte przez nią łzy, opatrzone rany, przywróconą nadzieję i rozpaloną na nowo miłość.

 

Niech to dzisiejsze spotkanie ożywi pamięć o tej wielkiej kobiecie Śląska, o której w Dekrecie o heroiczności cnót czytamy: „Starała się o chwałę Bożą, o dobro Kościoła i ludzi chorych, którym - będąc prawdziwym obrazem Dobrego Samarytanina - ukazywała ojcowską dobroć Boga i matczyną troskliwość Kościoła”. Maria stała  się światłem, które rozświetlało mroki XIX wieku i jest dla nas wzorem życia ewangelicznego. 

Jeśli dzisiaj przypatrujemy się jej prostej osobowości, jej wrażliwości i umiejętności odczytania znaków czasu, to dlatego, że dzięki lepszemu poznaniu i podziwianiu jej cnót, które już Kościół uznał, również my możemy nauczyć się wlewać balsam miłości w rany ludzi odrzuconych przez społeczeństwo, ocierać łzy naszych bliźnich dotkniętych cierpieniem, stawać się narzędziami pokoju i czynić bardziej ludzkim środowiska, w których żyjemy. „Czyńmy wszystkim wiele dobra”, a zwłaszcza tam, gdzie miłosierdzie Ojca jest jeszcze nieznane, a wtedy ludzie przekonają się, że Bóg jest miłością, a Kościół otacza wszystkich matczyną troskliwością na pielgrzymiej drodze do Domu Ojca Niebieskiego.

 

         
Ważne jest to, co czyniła Maria  i czyni do dziś. Mimo upływu czasu: blisko dwóch wieków od ziemskich narodzin, a 135 lat od narodzin do życia wiecznego, mimo niesprzyjających uwarunkowań społeczno - politycznych, Maria pozostaje nadal postacią  fascynującą i cieszy się ciągle, zwłaszcza na Ziemi Śląskiej i w Nysie popularnością i miłującą, wdzięczną pamięcią. Fascynuje jej radykalizm w poświęceniu, zachwyca głębokim człowieczeństwem i wciąż prowokuje i mobilizuje do  fascynacji Chrystusową Ewangelią.

 

Nyskie przedszkolaki na lekcji religii stwierdzają, że „znają Siostrę Marię Merkert, bo babcia im opowiedziała i pokazała w katedrze”. Gimnazjaliści zafascynowali się nysanką z XIX wieku i napisali prace konkursowe, opracowali strony internetowe. Licealiści zorganizowali sympozja naukowe. Jej patronat przyjmują studenci, jej imieniem nazywa się ulice i szpital.

Możemy i powinniśmy ją naśladować, ale nie na ślepo i dosłownie, lecz w owym duchu, który nią powodował, i który w istocie pozostaje ten sam. Od świętych i błogosławionych idą ku nam nie tylko impulsy, ale ich świętość oddziaływuje w historii jako porywająca siła.

Niech spotkanie z Marią Luizą Merkert na nowo rozżarzy w nas Bożą iskrę, która w Marii Merkert płonęła jasnym płomieniem. Niech przykład Jej życia i wstawiennictwo u Tronu Ojca dodaje nam odwagi w pracy dla ubogich chorych i oświeca naszą duchową drogę do Boga, który jest Miłością.

 

Jak za życia czynami miłosierdzia bł. Maria Luiza niosła nową nadzieję, tak teraz w niebie jej „miłość pozostaje z nami, a u tronu miłości miłosiernej i łaski skutecznie wstawia się za nami”, o czym świadczą m.in. licznie pływające podziękowania.

 

Nysa, styczeń A.D. 2007 
s.M. Margarita Cebula CssE


Konferencję poprzedzono śpiewem i
prezentacją multimedialną
poświęconą Marii Luizie Merkert
 



[1] Radio Watykańskie, 31.01.2007.

[2] Śląska Gazeta Kościelna  11(1845) 31, s. 407 (sierpień)

[3] Matka Maria napisała: Osiągnięcia dodają nam odwagi, usposabiają do radosnego podejmowania trudu powołania (...), ale w pokorze serca musimy przyznać, że jesteśmy sługami z daru łaski udzielonej nam przez Boga (31.12.1864).

[4] Ubodzy często byli niewdzięczni, ale mimo to Matka Maria rozdzielała całą dłonią. E. Frankiewicz, Maria Merkert, dok. nr 279, s. 541.

 


Czas ucieka, wieczność czeka
 
Reklama
 
 
Bogu mojemu
Panu i Stwórcy wszystkiego
ofiaruję siebie, moje życie,
zdolności i dokonania,
które są Jego łaską i darem.
Zatracając się w Nim
odnajduję
większą wolność i godność.
Odnajduję życie,
którym On mnie obdarza!
Panie mój i Boże,
uczyń mnie narzędziem
i odblaskiem
Twego miłosierdzia!
A.D. 2011

* * *

Koh 2,21
 
Chwała Ojcu -
Panu i Stworzycielowi!
Chwała Synowi -
Bratu i Oblubieńcowi!
Chwała Duchowi -
Dawcy Życia i Świętości!
CHWAŁA
TRÓJJEDYNEMU BOGU -
ODWIECZNEJ MIŁOŚCI!
Wdzięczne
TE DEUM LAUDAMUS
za łaski i dary
Boga i ludzi
i już dzisiaj za wszystko
co następne lata przyniosą!
A.D. 2000

* * *

Koh 2,21
 
Łącznie stronę odwiedziło już 52292 odwiedzający
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=